Tajemnice dzienników majora Jordana

Artykuł po raz pierwszy w języku polskim ukazał się w dwumiesięczniku Nexus w numerze 5 (3/1999)
Tytuł oryginalny: „The Explosive Secrets of Major Jordan’s Diares”, Nexus (wydanie angielskie), vol. 4, nr 2

George Racey Jordan

część 2

część 1

— Od samego początku przedsięwzięto nadzwyczajne środki ostrożności w stosunku do tego całego projektu — oznajmił Sekretarz Wojny Henry L. Stimson, komentując pierwsze militarne użycie bomby atomowej. — Sam prezydent Roosevelt wydał osobiście taki rozkaz. Co więcej — dodał niewinnie — jego rozkaz był ściśle przestrzegany.4

Także Rosjanie, z którymi współpracowałem w Great Falls, wiedzieli o istnieniu bomby atomowej i to co najmniej od marca 1943 roku. Tak więc generał Groves miał powód, aby w październiku 1942 roku nie ufać im. Podobnie jak inni Amerykanie o istnieniu bomby atomowej dowiedziałem się z oświadczenia prezydenta Trumana, który w sierpniu 1945 roku powiedział, że użyto jej przeciwko Japonii, zrzucając ją na Hiroszimę.

W styczniu 1944 roku pojechałem do Waszyngtonu, aby zwrócić uwagę najwyższych autorytetów na coś, co wydawało mi się niedopuszczalnym naruszeniem bezpieczeństwa na terenie „Rurociągu”, ale ani w Departamencie Stanu, ani nigdzie indziej nie chciano ze mną rozmawiać. Dopiero kiedy zapowiedziano, że 23 września 1949 roku Rosjanie zamierzają przeprowadzić próbny wybuch bomby atomowej, udało mi się doprowadzić do spotkania z senatorem Bridgesem i Fultonem Lewisem – ale o tym trochę później.

 

Było już po jedenastej, kiedy kończyłem przeglądanie czarnych teczek i do kabiny wpadł pułkownik Kotikow. Chciał wiedzieć, kto mi polecił przeprowadzenie tej kontroli, przez którą ucierpiał honor Rosji. Krzyczał, że dopilnuje, aby usunięto mnie z zajmowanego przeze mnie stanowiska. Odpowiedziałem mu, że wykonuję tylko swoje obowiązki i aby pokazać mu w czym rzecz, otworzyłem w jego obecności dwie lub trzy dodatkowe walizki, po czym opuściłem kabinę C-47 i skinięciem głowy odwołałem wartownika.

Pułkownik towarzyszył mi w drodze do baraków idąc obok mnie. Bez wątpienia zauważył, że nie jest w stanie wywrzeć na mnie żadnej presji. Niewykluczone że sądził, iż nie zdaję sobie sprawy z wagi tego, co zobaczyłem. Jego głowę zaprzątało jedynie to, aby te walizki jak najszybciej trafiły do Moskwy. Bardzo chciał wiedzieć, co zamierzam zrobić. Dzisiaj wiem, co należało zrobić. Nie powinienem był pozwolić odlecieć im do Rosji, ale, niestety, odleciały.

Pułkownik Kotikow poprosił mnie, abym nie otwierał więcej walizek, dopóki nie nadejdą odpowiednie instrukcje z Departamentu Wojny. Powiedział też, że ma nadzieję, iż nie będzie musiał przenosić mnie w inne miejsce. Sądziłem jednak, że zostanę zwolniony. Byłem o tym tak przekonany, że nawet spakowałem już swoje rzeczy. Jednak z Departamentu Wojny nie nadchodziły żadne informacje. W końcu wywnioskowałem, że Kotikow nie złożył na mnie żadnej skargi. Przyszło mi na myśl, że może nie ośmielił się tego zrobić.

Na ręce pułkownika George’a F. O’Neilla, który pełnił obowiązki oficera do spraw bezpieczeństwa 34 Oddziału Zapasowego w Gore Field, złożyłem raport, w którym opisałem sprawę pięćdziesięciu walizek, jakie sprawdziłem. Zainteresowało go to do tego stopnia, że przekazał mój raport swojemu zwierzchnikowi w Spokane. Jednak z jego strony nie nadeszła żadna odpowiedź, nawet po powtórnym złożeniu raportu przez pułkownika O’Neilla. Najwidoczniej nikt nie chciał rzucać cienia na nasze przymierze...

 

„TYLKO NIE PRODUKUJCIE ZA WIELE...”

Pewnego kwietniowego ranka w roku 1943 pułkownik Kotikow zapytał mnie, czy nie znalazłoby się jakieś wolne pomieszczenie, w którym można by było przechować bardzo ważny towar o wadze około dwóch tysięcy funtów.

— Niestety — odrzekłem — mamy już na składzie ćwierć miliona funtów towarów i więcej się nie zmieści.

W odpowiedzi poprosił mnie, abym połączył go z Waszyngtonem. Słyszałem, jak przez krótką chwilę rozmawiał w swoim ojczystym języku, po czym zasłonił ręką na krótko mikrofon słuchawki i powiedział do mnie po angielsku:

— Wkrótce przyleci do nas bardzo ważny ładunek eksperymentalnych materiałów chemicznych.

Następnie znowu zaczął mówić po rosyjsku, a po chwili – ponownie do mnie – po angielsku.

— Zaraz podejdzie pan Hopkins — oznajmił. To, co nastąpiło później, było największą niespodzianką w całym moim życiu. Podał mi słuchawkę, mówiąc: — Wielki Szef, pan Hopkins, chce z panem rozmawiać.

To było coś. Po raz pierwszy miałem rozmawiać z tym legendarnym człowiekiem, czołową postacią świata Lend-Lease, którego byłem częścią. Musiałem uważać na to, co mówię i robię. Moja pamięć, na którą normalnie nie narzekam, była pobudzana przez dreszcz związany z tym wydarzeniem. Co więcej, zapadło mi ono mocno w pamięci, ponieważ w czasie całego mojego dwudziestopięciomiesięcznego pobytu na lotnisku Newark i w Great Falls było to dla mnie niezwykłe przeżycie.

— Mówi Jordan — wyjąkałem w końcu pełen niepokoju.

— Tu mówi Hopkins — usłyszałem nagle w słuchawce męski głos. — Czy to pan jest moim tamtejszym ekspedytorem?

Odrzekłem, że jestem przedstawicielem Narodów Zjednoczonych w Great Falls współpracującym z pułkownikiem Kotikowem.

Kto w takich okolicznościach mógłby wątpić, że rozmawia z Harrym Hopkinsem? Przyjaciele sugerowali mi, że mógł to być Amerykanin i jednocześnie sowiecki agent. Ta możliwość wydaje mi się bardzo wątpliwa, ponieważ uwaga, którą chwilę później uczynił, całkowicie przeczy temu przypuszczeniu, jako że tylko ja i on wiedzieliśmy o tym, o czym napomknął.

— Czy piloci, których panu wysłałem, dotarli do pana? — zapytał.

— Tak, proszę pana — odrzekłem. — Bardzo się nam przydali, pomogli nam w rozładowaniu korków, jakie mieliśmy w Rurociągu.

Hopkins wysłuchał mnie uważnie i przeszedł od razu do sedna sprawy, o której chciał ze mną rozmawiać.

— Posłuchaj mnie uważnie, Jordan — powiedział. — Niedługo przybędzie do was bardzo ważny ładunek z chemikaliami. Chcę, abyś przesłał go dalej. To wyjątkowa przesyłka.

— Czy mam powiedzieć o tym głównodowodzącemu? — zapytałem.

— W żadnym wypadku. Nie chcę, abyś rozmawiał o tym z kimkolwiek — rozkazał. — Tej sprawy ma nie być w aktach. Nie rób wokół tego zbyt wielkiego szumu, po prostu, wyślij to szybko i po cichu.

Zapytałem go, w jaki sposób poznam, że to właśnie ten ładunek a nie inny. Zasłonił słuchawkę telefonu i usłyszałem, jak zwraca się do kogoś z pytaniem: „Jak Jordan pozna samolot z naszym ładunkiem, kiedy już tam doleci?” – po czym po chwili z powrotem usłyszałem jego głos w słuchawce:

— Rosyjski pułkownik, który jest tam z panem, wskaże panu właściwy samolot. Proszę wyekspediować go najszybciej, jak to tylko możliwe, i proszę usunąć wszystkie zapiski dotyczące tego transportu!

Następnie usłyszałem głos innej osoby mówiącej z rosyjskim akcentem, która zażądała rozmowy z pułkownikiem Kotikowem. Byłem bardzo ciekawy, kiedy pułkownik skończy rozmowę. Chciałem wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i skąd przybędzie ten ładunek. Pułkownik powiedział, że będzie jeszcze więcej takich przesyłek, które przylecą z Kanady.

— Coś ci pokażę — oznajmił.

Przypuszczalnie po mojej rozmowie z Hopkinsem zostałem uznany za członka „loży”. Ze swojego stosu dokumentów dotyczących chemikaliów przeznaczonych do celów wojskowych Kotikow wyjął teczkę z dokumentami zatytułowaną „Bomba Proszkowa”. Wyjął z niej kartkę papieru i na samym jej początku pokazał mi coś palcem. Po chwili moje oczy dostrzegły słowo „Uran”. Powtarzam raz jeszcze, że w roku 1943, zarówno dla mnie, jak i dla większości Amerykanów to słowo nic nie znaczyło.

Ładunek, który miał przybyć w niedługim czasie, był jedynym, jaki przeszedł wyłącznie przez moje ręce, nie licząc prywatnych zakupów Rosjan, takich jak ubranie czy alkohol. Był to jedyny ładunek spośród ogromnej masy towarów, jakie przesłałem do Rosji, którego nie wolno mi było nigdzie odnotować. Był również jedynym, o którym miałem nie informować swoich przełożonych i który miałem zachować w całkowitej tajemnicy.

Pomimo pośpiechu, jakiego oczekiwał ode mnie Hopkins, samolot przewożący ten ładunek przyleciał z pięciotygodniowym opóźnieniem. Rano 10 czerwca spostrzegłem stojący na pasie samolot transportowy C-47. Podszedłem do niego i zapytałem pilota, na co czeka. W odpowiedzi pilot odrzekł mi, że czeka na przylot specjalnego ładunku. Siedem lat później pilot ten przedstawił się prasie jako porucznik sił powietrznych Ben L. Brown z Cincinnati.

Zapytany o ten samolot pułkownik Kotikow odpowiedział mi, że ładunek, którym tak bardzo interesował się Hopkins, stoi właśnie na podjeździe kolejowym. Dodał, że powinienem jak najszybciej wysłać po niego ciężarówkę. Przybył on prosto z Toronto pod eskortą jednego rosyjskiego strażnika. Później zanotowałem jego nazwisko w moim pamiętniku. Nazywał się Władimir Anoufriew. Przypisałem mu inicjały „K. K.”, które oznaczały „kanadyjski kurier”.

Ładunek składał się z 15 drewnianych skrzyń, które miały odlecieć do Moskwy przez Alaskę. Porucznik Brown powiedział później, że w Fairbanks jedna ze skrzyń wypadła z samolotu i w wyniku uszkodzenia jednego z jej rogów wysypała się z niej niewielka ilość proszku w kolorze czekolady. Powodowany ciekawością wziął jego garść i zapytał, czy ktoś wie, co to jest. Sowiecki oficer wytrącił mu go z ręki i nerwowo zaczął krzyczeć: „Nie, nie, to może spalić ręce!”

Script logo
Do góry